Gdynia – Morze?

Teksty

Poniżej znajdziesz moje różne teksty o Gdyni. Czytaj je tak, jak powstały: szybko, po gdyńsku.

01

Państwo zbudowane miastem

Modernistyczna klatka schodowa z czarną poręczą

Gdynia powstała z marzenia o niezależności i miała być dodatkiem do morskiego portu…

Granice Polski w 1918 roku były bezlitosne. Położenie niepodległego kraju w tej części Europy oraz układ geopolityczny wokół skazywały nowe państwo na gospodarcze uduszenie. Porozbiorowy zlepek ziem marzył o drzwiach do wolnego świata, a niezbędne mu było przynajmniej okno. Tę potrzebę zaspokojono budową portu.

Powstało okno, drzwi i cała infrastruktura, droga w świat stała się nagle dostępna. Chwilę później zaczął powstawać dodatek: miasto przy porcie. W założeniu miało pełnić funkcję „służebną” wobec infrastruktury morskiej i taką pełniło. Jak bardzo, można zobaczyć do dzisiaj, patrząc na przesunięcie śródmieścia względem dworca kolejowego na południe. Na wprost stacji jest przecież port, to on zagarnął przestrzeń dzielnicy śródmiejskiej. Ta zależność nie wróżyła dobrze powstającemu miastu…

Tyle, że Gdyni się poszczęściło. Port stał się wspomnianym oknem, miasto stało się duszą, mentalną tożsamością młodej Polski. I choć międzywojenna koncepcja „Polski morskiej” nie sprawdziła się, a rok 1939 zatrzymał rozwój nowego miasta, powstało modernistyczne dzieło, fizyczny symbol państwowości. Powstało, i to dosłownie, miasto z morza i z marzeń, czyli Gdynia: zacumowana przy zatoce, utrwaliła żelbetem nowe idee modernistycznej architektury. Zbudowano miasto, które służyło swoim mieszkańcom, zgodnie z modernistyczną myślą Louisa Sullivana „form follows function”, przestrzeń podporządkowana temu, do czego została stworzona; z przeznaczenia wynikały jej organizacja i wygląd.

Propagandą nowej, i co ważne nowoczesnej, państwowości stała się Gdynia. Wyszło jej to na dobre: spójny układ urbanistyczny, najlepsi architekci, zaprojektowano „białe miasto” na miarę marzeń swoich mieszkańców. Można powiedzieć, że polskie okno na świat zostało pięknie udekorowane framugami modernistycznej tkanki miejskiej…

02

Włosy z kamienia

Kamień porośnięty zielonymi wodorostami w płytkiej wodzie

Wczoraj na Bulwarze Nadmorskim podsłuchałem, jak mała dziewczynka zachwycała się kamieniami obrośniętymi przez wodorosty.

– Zobacz! – krzyknęła do mamy. – One mają zielone włosy!

Poetyckie? Ujmujące? Zabawne? Twórcze? Pewnie każde po trochu, ale dla mnie wykraczające poza schemat, a więc, jak czasem mawiam, „w poprzek”. Ta mała dziewczynka jest trochę jak Gdynia. Moje miasto nadaje sens, który nie jest oczywisty, znajduje nowe znaczenia i pozwala nazywać rzeczywistość inaczej niż robi to świat.

03

Mariella. Spotkanie po latach – z Bałtyku pod Wezuwiusz

Sylwestra i pierwsze dni nowego roku spędzałem w Neapolu. Wracając 1 stycznia z noworocznej wycieczki na Capri, stojąc na pokładzie statku, spojrzałem w stronę portu w Neapolu… i wtedy zobaczyłem prom, którego kadłub wydał mi się dziwnie znajomy.

Coś w proporcjach, w sylwetce, w linii burt sprawiło, że nie potrafiłem pozostać wobec niego obojętnym. Zainteresowanie morzem i promami nie pozwoliło mi zostawić tego wątku w spokoju. Jeszcze tego samego wieczoru zacząłem grzebać w sieci i wszystko stało się jasne.

Ten prom w Neapolu to nie był byle jaki statek. Dziś nosi nazwę Mega Regina i pływa w barwach Corsica Ferries, ale to… dawna Mariella.

Mariella, prom z wielką przeszłością! Została oddana do eksploatacji w 1985 roku i od razu przeszła do historii. Była pierwszym statkiem na trasie Helsinki–Sztokholm, który nie należał do Rederi Ab Sally, a jednocześnie w momencie wejścia do służby była największym promem świata (pod względem pojemności brutto, liczby pasażerów i miejsc noclegowych).

Przez wiele lat nieprzerwanie obsługiwała właśnie trasę Helsinki–Sztokholm, stając się rekordzistką pod względem najdłuższej ciągłej służby na tym połączeniu. Dla tysięcy Skandynawów była czymś więcej niż statkiem, była pływającym fragmentem codzienności.

Jednak w jej historii jest też rozdział dramatyczny. W nocy z 27 na 28 września 1994 roku na Morzu Bałtyckim tonie prom MS Estonia. Na pokładzie były 989 osoby — zginęły 852. Jedna z największych katastrof morskich końca XX wieku. To właśnie Mariella jako pierwsza dotarła na miejsce tragedii. Stała się główną platformą dla śmigłowców ratowniczych. Z wody podjęto 15 osób, kolejnych 11 trafiło na jej pokład z helikopterów. To wtedy Mariella zapisała się w historii nie tylko jako luksusowy prom, ale jako statek ratunkowy.

W 2021 roku Viking Line sprzedała jednostkę firmie Corsica Ferries za 19,6 miliona euro. Tak zakończył się jej bałtycki rozdział, a rozpoczęła się nowa kariera na Morzu Śródziemnym, już jako Mega Regina.

Dlaczego o tym piszę? Bo to nie było moje pierwsze spotkanie z Mariellą! Po raz pierwszy zobaczyłem ją w Sztokholmie w latach 90., podczas rodzinnej wycieczki motorówką po mieście. Wtedy była niemal nowa, dumna, nowoczesna, symbol morskiej Skandynawii tamtych lat.

Znów ją zobaczyłem, ale na zupełnie innym morzu, w zupełnie innym świecie, w cieniu Wezuwiusza. Noworoczne spotkanie w Neapolu przypomniało mi wczesną młodość, piękny czas spędzony z Krystyną i z dziadkiem w Szwecji.

Spotkanie z tym znakomitym promem w pierwszy dzień 2026 roku potraktowałem jak dobrą wróżbę. Jak zapowiedź, że dobre rzeczy, niczym dobre statki, potrafią służyć długo i godnie się starzeć.

04

Hej! Estelle!

Prom Stena Line w porcie w Gdyni o zachodzie słońca

4 września 2022 to dzień zmieniający panoramę Gdyni… W wieczorny rejs do Karlskrony zabrał pasażerów prom Stena Estelle. Nowy statek minął główki portu i wpisał się w panoramę portu zewnętrznego i zatoki. Białe kadłuby promów z charakterystycznymi czerwonymi kominami są częścią wizerunku miasta. Niczym modernistyczna zabudowa wpisują się w panoramę portu i morza, tak doskonale widoczną choćby z Oksywia czy Kamiennej Góry.

Stena Estelle jest ponad 40 metrów dłuższa od poprzedników, ma inny kształt komina (ten jest niższy, ale bardziej opływowy). To zmiana wizualna dla Gdyni… To zmiana jakościowa obsługi promowej pomiędzy Polską a Szwecją…

Zbliża się także powolny kres dotychczasowych jednostek na trasie do Szwecji. Stena Vision i Stena Spirit, kursujące na linii Gdynia–Karlskrona od 2015 roku, znikną z naszego portu. Vision i Spirit to wielkie hotelowce i choć mają swoje lata, dzielnie i bezpiecznie tworzyły „autostradę morską” przez Bałtyk. Warto wspomnieć o polskich korzeniach odchodzących statków. Przede wszystkim zostały wyprodukowane w gdańskiej stoczni, są obsługiwane przez genialne polskie załogi, a matką chrzestną Steny Spirit była aktorka Anna Przybylska. Matką chrzestną Steny Estelle została także Gdynianka, szampana na burcie promu rozbiła wiceprezydent Gdyni ds. gospodarki, Katarzyna Gruszecka-Spychała. Miła kontynuacja i, mam nadzieję, stała już tradycja.

05

Hoff – kobieta, która ubrała lud

Przed kolorowym muralem w Gdyni

– Hoff, określana jako kobieta-instytucja, dyktatorka i fenomen, dla kilku pokoleń Polaków była przede wszystkim projektantką, która na przekór trudnej socjalistycznej rzeczywistości ubierała Polaków modnie, barwnie i niedrogo. Jej kultowe propozycje dla Hofflandu to nie tylko ważny rozdział w historii polskiego wzornictwa, to także część „ikonosfery codzienności” Polski lat 70., 80. i 90. XX wieku. Poznajmy Barbarę Hoff i pozwólmy zainspirować się jej pomysłami – nie tylko na modę! – powiedziała Weronika Szerle, kuratorka wystawy poświęconej Barbarze Hoff i jej twórczości.

To była szósta wystawa z cyklu „Polskie Projekty Polscy Projektanci” w Muzeum Miasta Gdyni. Po raz pierwszy jej bohaterką jest kobieta, i to kobieta niezwykła, projektantka mody Barbara Hoff. Jej bogata twórczość nigdy wcześniej, choć trudno w to uwierzyć, nie była prezentowana na wystawie monograficznej. W Gdyni można było zobaczyć liczne, często niepublikowane materiały archiwalne: rysunki, projekty, fotografie, filmy z pokazów, a przede wszystkim oryginalne ubrania sygnowane metką Hoffland, wypożyczone z Muzeum Narodowego w Warszawie, Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi oraz wielu kolekcji prywatnych.

– Barbara Hoff to twórczyni szczególna, wymykająca się ramom tradycyjnie pojmowanej definicji projektanta, wykształconego zwykle na uczelni artystycznej czy politechnicznej – dodała Szerle. – Hoff jest bowiem historyczką sztuki, a początkiem jej związków z modą nie było projektowanie, ale pisanie – swoje teksty o modzie publikowała w kultowym tygodniku „Przekrój” od 1954 roku. Dopiero po latach stała się dizajnerką z własną marką odzieżową. Jej Hoffland stał się dla milionów Polaków synonimem „modnej masówki” – podkreśliła kuratorka wystawy.

Miejsce: Muzeum Miasta Gdyni, ul. Zawiszy Czarnego 1, Gdynia
Czas trwania wystawy: 7.07.2019–20.10.2019

06

Pulchna Gdynianka

Trzy drożdżowe pizze z Gdynianki na papierowych talerzach

Jest magia w jej prostocie, jest w niej nuta tęsknoty za światowymi trendami, za modą i smakiem z bogatszego świata. To jednak iluzja pierwszego wrażenia. Gdy dotkniesz językiem miękkiego brzegu i poczujesz wilgoć nadzienia, wiesz, że jesteś u siebie!

Jej sukces tkwi w stałości, a niezmienność jest receptą na szczęście. Była obok po licealnych balangach i randkach na bulwarze; zaglądaliście tu z rozmachem między zajęciami na studiach oraz przed seansem w kinie „Warszawa”. I wciąż wracacie, ze swoimi dziećmi w wózkach, z przyjaciółmi wpadającymi ze świata na kilka dni. A ona jest! Miękka na brzegu i wilgotna nadzieniem, wierna latom dziewięćdziesiątym.

Przypadkowi goście nie mają o niej dobrego zdania: krzywią się z niesmakiem na ciemne wnętrze, z niedowierzaniem patrzą na stare zdjęcia na ścianach. To nie jest zachęcające miejsce…

Pizzeria „Gdynianka” jest na Świętojańskiej, od kiedy pamiętam. Zmienia się świat, starzeją się ludzie, nie zmienia się ona. Choć dzisiaj w lokalu nie przygrywa La Bouche, nie słychać DJ-a Bobo z płyty CD, goście mają swoją muzykę w smartfonach, zapach i smak lat dziewięćdziesiątych wciąż jest! Dokładnie ten sam co latem ponad dwadzieścia lat temu. Piotr stał przy kasie, zniecierpliwiony własnym głodem, uderzał rytmicznie palcami w blat lady. Wiedział, że drożdżowa pizza z szynką za moment przyniesie ukojenie jego kubkom smakowym. Nie wiedział, że w rogu sali bacznie przygląda mu się o rok młodszy Michał. Nie wiedział, że pudełko z pizzą, z którym za chwilę wybiegnie na Świętojańską, by złapać trolejbus w stronę dworca, będą wspominać wielokrotnie.

To było z pozoru niewinne, ledwie spojrzenie, niby zwykłe, przelotne, a jednak…

Jak ta pizza w pudełku: ot, placek drożdżowy, a wynosi na wyżyny doznań kulinarnych. Tak, Piotr, wybiegając z „Gdynianki”, nie wiedział, że choć dzięki temu miejscu jego głód zostanie zaspokojony już za chwilę, to jego świat wywróci się do góry nogami. Pulchna pizza z szynką na wynos, chłopak w kącie sali i świat, który już nigdy nie będzie taki sam.

Piotr, wybiegając z „Gdynianki”, nie wiedział także, że ponad dwadzieścia lat później wciąż będzie pamiętał każdy smak tamtego dnia.

Michał, odprowadzając wzrokiem Piotra, który biegł do trolejbusu, wiedział już dokładnie…

Pizzeria Gdynianka, ul. Świętojańska 65, Gdynia. Najbardziej polecam pizzę „Cebulową”, choć z uwagi na własne wspomnienia raczej zamawiam „Szynkową”. Uwaga, karton do pizzy na wynos jest płatny dodatkowo.

07

Pod klifem

Bulwar i plaża pod zalesionym klifem w Gdyni

To nie jest typowy początek października. Po leniwie ciepłym lecie jesienna sobota przypominała bardziej wakacyjny weekend. Zachęceni słońcem i południowym wiatrem wybraliśmy się z P. do Orłowa. Ze Śródmieścia przez Redłowo bulwarem i dalej plażą, ależ ja lubię tę trasę. P. trochę zachowawczo omijał brzeg i szedł po suchym, ale miękkim piasku. Moje wygodnictwo pchało mnie ku twardej, ale mokrej linii brzegowej, tenisówki przemoczyłem natychmiast.

Ruszyliśmy pod klif, onieśmieleni jego urokiem milkliśmy na długie sekundy, maszerując przed siebie. Plaża pod klifem to nie jest byle co. Stanowi kompromis pomiędzy napierającą siłą zwalistego brzegu a bezkresem morza. Łączy je, czy może dzieli, wciska się pomiędzy drzewa redłowskiego klifu i wody zatoki. Czasem znika… Wtedy masz wybór: albo podwinąć spodnie i przejść po wodzie, albo zasznurować dokładniej buty i przedostać się stromym zboczem pomiędzy drzewami. Nie, nie możesz zawrócić, bo za najwyższą częścią brzegu i ostatnim zakrętem dochodzi się do Orłowa. Urok tej dzielnicy rekompensuje trudy spaceru. Doszliśmy i my: ja w mokrych tenisówkach, P. trochę zachowawczo, po suchym. Orłowska plaża w sezonie okupowana przez letników, w październikową sobotę pełna była spacerowiczów.

Naszą uwagę zwróciła czteroosobowa rodzina. Mama siedziała na piasku obok rowerów, którymi przyjechali z miasta. Tata w szortach kąpielowych brodził przy brzegu, a pomiędzy jego nogami dreptało dwóch blond bliźniaków. Ci, na oko półtoraroczni chłopcy, ubrani jedynie w pieluchy, byli zafascynowani słońcem, wodą i piaskiem. Październikowi spacerowicze zerkali z niedowierzaniem na całą czwórkę. P. uśmiechnął się do ojca i maluchów.

– Wmówiłem im, że jesteśmy w Grecji – powiedział z przekonaniem facet w krótkich spodenkach.

Popatrzyliśmy przyjaźnie na mamę, tatę i chłopców, a ja pomyślałem, że to naprawdę cudowne, gdy ludzie korzystają z uroków swojego miasta i wykorzystują aurę bez względu na porę roku. To trochę zgodnie ze skandynawskim twierdzeniem, że „nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie”. Mam nadzieję na kolejne spotkanie pod klifem z tą przesympatyczną rodziną.

08

Melo na trójkącie

Trójkątny akademik Uniwersytetu Morskiego przy Sędzickiego Kaskadowa klatka schodowa pod szklanym dachem akademika

Przede wszystkim zazdroszczę, nie ma w Polsce drugiego akademika, który stoi na plaży. W modnym kurorcie już dawno byłby drogim hotelem dla bogatych turystów. Ale nie tutaj… W Gdyni najlepszą lokalizację w mieście otrzymali przyszli ludzie morza. Studenci Uniwersytetu Morskiego mogą założyć klapki, wyjść z trójkąta i już są nad zatoką. Tak, akademik przy Sędzickiego jest modernistyczną budowlą o kształcie prostokątnego trójkąta. Nie jestem architektem, więc trudno mi powiedzieć, czy taki kształt budynku jest ergonomiczny i wygodny dla jego mieszkańców. Pewnie dyskusyjna jest również jego uroda. Ostry szczyt budowli wystaje ponad drzewa zbocza Kamiennej Góry i choć stracił swą przestrzenną dominację na rzecz gmachu Muzeum Marynarki Wojennej, to jednak jest dobrze widoczny od strony morza. Ja go lubię, w swym siermiężnym niedopracowaniu, charakterystycznym dla architektury minionej epoki, ma coś swojskiego.

Więc w trójkącie mieszkają studenci. Jak pisałem, mogą w klapkach wyjść na plażę. Mogą próbować się uczyć, nie dając się rozpraszać widokowi zatoki tuż za oknem. Oczywiście mogą imprezować… Architektura budynku sprzyja integracji. Klatka schodowa akademika spływa kaskadowo przez wszystkie piętra wprost do hallu głównego, zwieńczonego automatami z kawą i przekąskami. Tu piętro piąte może bawić się z parterem pod tym samym szkłem spadzistego dachu. Mieszkaliśmy z P. w jednym z pokoi gościnnych akademika na początku października. Przyszli nawigatorzy, kapitanowie, mechanicy mościli się właśnie w studenckim domu na kolejny uczelniany sezon. Ku niezadowoleniu ochrony biegaliśmy po piętrach, tęsknie przypominając sobie nasze czasy studenckie. Od razu można było odróżnić pewnych siebie „starych” wyjadaczy z drugiego, trzeciego roku od wciąż nieśmiałych pierwszaków. Ci, podobnie jak my z P., ciekawi przygód rozglądali się po piętrach i z fascynacją podziwiali widoki za oknami. Podobnie jak my nie mogli uwierzyć, że jedną z najdroższych lokalizacji w Polsce mają za cenę domu studenckiego.

Po zachodzie słońca edukacyjny staż nie miał już znaczenia, a trójkąt ujawnił swoją kolejną cechę, jest mocno akustyczny. Piąte z parterem, drugi z trzecim, hall z automatami do kawy, dom studencki głośno i dobitnie inaugurował rok akademicki.

Rano przed budynkiem spotkaliśmy przystojnego studenta w klapkach. Nie, nie wybierał się na plażę, ale zaciągnąwszy kaca machem Marlboro, skomentował:

– Na trójkącie musi być dobre melo…

09

Emocje z kamienia

Stoję na dawnej granicy Wolnego Miasta Gdańska, oryginalny kamień wyznaczający to miejsce przetrwał do dzisiaj. Po burzliwych obradach paryskiej konferencji wolny Gdańsk miał zabezpieczyć prawa większości niemieckiej w mieście oraz umożliwić nowemu państwu polskiemu dostęp do portu morskiego. Historia pokazała, że nie udało się ani jedno, ani drugie. Data oraz miejsce podjęcia decyzji o losach miasta widnieją na cokole. Ale gdyby mocno zmrużyć oczy i spojrzeć przez wydmowy las w morze, dojrzałoby się port, on także związany jest z datą z kamienia.

Polska, mimo zapisów z Wersalu, miała znacznie utrudniony dostęp do Gdańska, a morski handel dla odradzającego się kraju nie był wystarczający. Tak w dużym uproszczeniu powstał pomysł na zbudowanie niezależnego portu. Tak z potrzeb ekonomicznych, ale także, a może przede wszystkim, z pragnienia niezależności i wolności powstała Gdynia. I wreszcie tak, przy granicznym kamieniu z 1919 roku, zaczyna się dla mnie koncepcja miasta z morza i z marzeń. Splot wydarzeń sprzed stu lat sprawił, że dzisiaj, gdybym mocno zmrużył oczy i spojrzał przez wydmowy las w morze, mogę dojrzeć Gdynię! Ten widok daje mi szczęście.

10

Chłopiec z ostrogi

Wydaje się samotny, może nawet porzucony. W embrionalnej pozie, na krawędzi nabrzeża, staje się niewidoczny. Jest postacią dla spostrzegawczych, w zapatrzeniu na morze i port można go nie zauważyć.

A ja Was namawiam do uwagi, zobaczycie rzeźbę gdyńskiego artysty o pseudonimie „Tewu”, który swoje dzieła pozostawia w przestrzeni miejskiej. Tak stało się i tym razem, niewielka postać znalazła się na Ostrodze Pilotów jakby przypadkiem. Przypadkiem jednak nie jest: gdy ją odnajdziecie, nagrodzi zainteresowanie emocjami. Te są różne, od współczucia, troski i wzruszenia po nadzieję czy poczucie siły. Tajemnica postaci nie pozostawia obojętnym. Chcecie się przekonać? Zapraszam w odwiedziny do portu, tuż obok Muzeum Emigracji, na spacerowiczów, wędkarzy, cumujących cruiserów czeka ON: chłopiec z ostrogi.

11

Gdynia, miasto smagane wiatrem

Widok z góry na Śródmieście Gdyni w stronę morza i żaglowców

Jest najmłodsza z całej trójki; przy hanzeatyckim Gdańsku i modnym Sopocie wydaje się czasem niedojrzałą nastolatką. To niespełna stuletnie miasto, jak głosi jego slogan reklamowy, powstało z morza i z marzeń. I tak rzeczywiście jest…

Wybierając się na polskie wybrzeże, często omijamy Gdynię jako miasto pozbawione dłuższej historii, zabytków, do tego przegrywające swoją wielkością z małymi kurortami kojarzonymi z wakacjami. Tymczasem Gdynię warto odwiedzić nie tylko przy okazji, może stać się celem podróży, którego nie pożałujecie. Zaraz to udowodnię.

Gdynia to jedyne polskie miasto leżące nad morzem, tu nie ma wyprawy przez wydmy, aby zobaczyć wodę. Z dworca kolejowego jest jedynie kilometr na plażę, a z głównej ulicy miasta, Świętojańskiej, taki spacer zajmuje zaledwie trzy minuty. Do tego Bałtyk nie jest dodatkiem do miasta, to ono z niego wyrosło i nosi jego piętno na każdym rogu. Od donic z kwiatami w kształcie łodzi na ulicach, przez błękit i granat przebijający z herbu miasta i kursujących po nim trolejbusów, po modernistyczną architekturę w stylu okrętowym. Tu morze po prostu jest obecne. Wydaje się, że tak jak bezkompromisową i śmiałą decyzją była budowa polskiego portu i miasta w latach 20. ubiegłego stulecia, tak do dzisiaj gdynianie swoją przynależność do morza i płynących z niego korzyści bezdyskusyjnie celebrują.

Lubię duże miasta, mieszkam w jednym z nich. Cenię zalety płynące z życia w metropolii i akceptuję trudności z tego wynikające. Czasem lubię uciec od jej rytmu i posłuchać ciszy. Gdynia wydaje się spełniać takie właśnie oczekiwania. Piaszczyste plaże są dostępne we wszystkich nadmorskich dzielnicach, a leśne ścieżki zapraszają spacerowiczów i biegaczy na morenowe wzgórza otaczające miasto od zachodu. To miejsca wciąż czyste, pełne morskiego jodu i natury. I niby nic w tym nadzwyczajnego, ale… zaledwie kawałek dalej można zajrzeć na jedną z ulic Śródmieścia, pełną gwaru i dobrych restauracji. Tak, nad polskim morzem można usiąść na miejskiej ulicy i liczyć na znacznie więcej niż ryba na plastikowej tacce. Od zdrowych przekąsek fit, przez domową zupę, po wyrafinowane dania kuchni hiszpańskiej czy marokańskiej. To wszystko możecie mieć chwilę po nadmorskim joggingu.

Gdynia nie poddaje się zmiennościom aury. Wybór tego miasta na cel weekendowego wyjazdu czy dłuższych wakacji uniezależnia nas od pogody. Gdy tylko zacznie padać, dzieci zainteresują się życiem morza w Oceanarium i odkryją zawiłości świata w Centrum Nauki Experyment. Znudzonych nastolatków i ich zblazowanych rodziców wciągnie swą interaktywnością podróż przez ekspozycję Muzeum Emigracji. Oj, jest co oglądać…

Jest wreszcie w Gdyni coś bardzo nieoczywistego, jej architektura. W takim nagromadzeniu niespotykana nigdzie indziej w Polsce. Styl okrętowy, jak mawiają o nim mieszkańcy miasta, to białe elewacje kamienic z zaokrąglonymi balkonami, nadbudówki z metalowymi poręczami, bulaje zamiast okien. To wszystko przypomina wielkie statki sunące po bezkresie mórz. Tu suną po ulicach miasta i są na wyciągnięcie ręki, są w zasięgu wzroku, przekazują swoją majestatyczną prostotą szacunek do morza, a widzom dostarczają wrażeń bliskich uczestnikom morskich podróży. Bo Gdynia to miasto z morza i marzeń: wystarczy stanąć na chwilę na jednym z nabrzeży portu handlowego i usłyszeć syreny polskich transatlantyków [DOKOŃCZENIE TEKSTU]

12

Latając autobusem

Pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków to moi rówieśnicy. Dorastaliśmy w latach 90., które dla wielu były czasem pierwszych podróży. Jak wtedy podróżowaliśmy?

Polska budziła się w swojej wolności po upadku Berlińskiego Muru, a my łykaliśmy wszystko, co zagraniczne. Świat wydawał się otwarty i nęcił bogactwem, tyle że wciąż był mało dostępny. Niewidzialny mur pieniądza dzielił nas jeszcze bardziej boleśnie niż ten z betonu i drutu kolczastego. Młodzi–dorośli byliśmy biedni.

W zagranicznych podróżach jednym z największych wyzwań był transport. Nie istniały tanie linie lotnicze, a te tradycyjne były poza zasięgiem finansowym. Nikt nie słyszał o platformach informacji o wolnych miejscach w prywatnych autach. Nie było przecież internetu! Mimo tych przeciwności podróżowaliśmy natychmiast po otwarciu granic.

Transport dziś zdominowany przez niskokosztowych przewoźników lotniczych dwadzieścia lat temu opanowali liczni przewoźnicy autobusowi. Jednostką czasu w tych podróżach była… doba. I tak noc plus dzień, lub jak kto woli dzień plus noc, jechało się do Paryża, Rzymu, Londynu. Rozkładowo pół doby zajmował transport do Pragi, Berlina czy Wiednia. Wreszcie kierunki dla najbardziej wytrwałych: Barcelona, Ateny, Madryt to 48 godzin jazdy. Obecnie na większości tych tras mamy możliwość podróży lotniczej i to, w przypadku wczesnego jej zaplanowania, możliwość relatywnie taniej. Choć zdarza nam się narzekać na komfort tych lotów, ciasnotę w samolocie czy opłaty dodatkowe, to przemieszczenie po Europie drogą powietrzną zamyka się w około trzech godzinach. Nieporównywalna różnica.

Muszę jednak przyznać, że mimo całych trudów podróży autokarowych mojej młodości — dodam tylko, że większość autobusów była wtedy bez klimatyzacji, a w tych w nią wyposażonych nie działała — wspominam je z sentymentem. Te wyjazdy były jak odroczona nagroda. Kilkanaście godzin podróży sprawiało, że cel wyjazdu stawał się jeszcze bardziej pożądany. Pamiętam to nerwowe odliczanie godzin i kilometrów do pokonania. W małej społeczności zamkniętej w puszce pojazdu rodziło się coś z odkrywców, dawnych podróżników. Tworzyła się nowa zbiorowość zmierzających w nieznane. Wielokrotnie wśród pasażerów rodziły się sympatie, zawiązywały nowe znajomości czy wybuchały kłótnie. To jednak historie na zupełnie inną opowieść…

13

Tragarze życia

Nocna panorama portu i torów w Gdyni

Nasz świat jest globalny. Technologie otwierają możliwości pozyskiwania dóbr z każdego miejsca na ziemi. Masowa jest produkcja, to produkty są tańsze, a więc łatwiej dostępne.

Współcześnie 90% światowego transportu odbywa się drogą morską. Rewolucja w sposobie przemieszczania sprawiła, że najróżniejsze towary przewozi się w standardowych, stalowych skrzyniach – kontenerach.

Kontenery podróżują przez Gdynię; zaledwie minimalna ich część zaczyna i kończy swoją podróż w Mieście z Morza i Marzeń. Trafiają do nas tranzytem, „przesiadają” się na kolejny statek bądź dalej podróżują koleją lub na naczepach ciężarówek.

Portową mobilność kontenerów zapewniają suwnice nadbrzeżne (ship-to-shore crane), czyli te wielkie stalowe konstrukcje stojące w porcie. W Gdyni doskonale je widać z Ostrogi Pilotów czy Estakady Kwiatkowskiego. Można ich niemal dotknąć z perspektywy Terminalu Promowego oraz Obłuża.

Płynąc ostatnio przez portowe baseny, patrzyłem z fascynacją na te wielkie stwory, które z gracją baletnicy nadają mobilność kontenerom. A w tych kontenerach wszelkie dobra. Pewnie większość rzeczy, z których korzystamy, które mamy, była przez chwilę „w szponach” wielkiej suwnicy, która przeładowywała je w porcie. Twój laptop, telefon, spodnie, upakowane w kolorowe kontenery, podróżowały kilkanaście metrów nad ziemią na statek i ze statku. Wiele rzeczy, z których korzystamy na co dzień, które na siebie zakładamy, którymi się przemieszczamy, odbyło dalece bardziej egzotyczne podróże niż nasze ciała i myśli. Nie byłem w Bangladeszu, ale jakieś części mojej garderoby były tam na pewno. Wielkie jak góry portowe suwnice przenoszą miliony kontenerów pełnych naszych rzeczy. Nasze rzeczy to przecież część naszego życia, część nas samych… Tragarze życia.